5 lat Szyjemy Sukienki

infografika-5-lat.jpg

 

Przy wielu okazjach wcześniej opowiadałam już, jaka była geneza powstania Szyjemy Sukienki. O tym, jak romantycznie rzuciłam korporację i postanowiłam iść własną drogą, o tym, że mój dziadek był krawcem, że w domu szyli wszyscy (możecie przeczytać o tym np. tutaj). Nie o tym chcę napisać teraz. Ta opowieść zaczyna się w momencie, kiedy korporacja została rzucona i przyszedł pierwszy poniedziałek od dwudziestu trzech lat, kiedy nie musiałam iść do pracy albo do szkoły. Początek sierpnia 2012 roku. I o tym, co działo się przez lat następnych 5, czyli o największej przygodzie mojego życia.

Oczywiście najpierw wpadłam w euforię. Już nic nie muszę! Teraz jestem panią własnego losu, wszystko będzie się działo tak, jak chcę. Od razu umówiłam się z moimi przyjaciółkami, które akurat także nie miały żadnych zobowiązań, nad jeziorem. Środek tygodnia, słońce, tylko my w zasięgu wzroku, błogość. Tamten dzień zapamiętałam sobie bardzo dobrze – szybko okazało się, że prowadzenie własnej działalności rzadko obfituje w takie frykasy. Teraz nauczyłam się już lepiej planować i potrafię znaleźć czas dla siebie. Coraz lepiej idzie mi złapanie od czasu do czasu odrobiny dystansu. Ale ta lekcja trwała pięć lat.

Na początku wszystko robiłam sama, w domu. Jeden pokój w mieszkaniu został przeznaczony na pracownię, zmieściły się dwie maszyny i komputer, krojenie odbywało się już na stole w jadalni. A przez wszystko mam na myśli w s z y s t k o. W poprzednim życiu byłam projektantem internetowym, zaprojektowałam więc sobie sklep online. Sama przygotowywałam wykroje i szyłam, sama byłam modelką na pierwszych zdjęciach. Czasami zdjęcia pomagał mi robić mój chłopak, przed wyjściem do pracy, ale czasami robiłam je samowyzwalaczem, na tle białej ściany w domu. Sama je obrabiałam i umieszczałam w sklepie. Sama prowadziłam fanpage na facebooku i bloga, odpowiadałam na maile, zajmowałam się reklamą internetową, spotykałam się z klientkami miarowymi i robiłam zakupy w hurtowniach. Mimo niekończącego się entuzjazmu i zapału po roku takiej pracy łatwo sobie wyobrazić, że dni nad jeziorem wydawały się nierealnym snem zombi, którym niemal się stałam (czy zombie mają sny?). Na marginesie: dziś dzięki temu doświadczeniu niczego tak bardzo nie doceniam, jak współpracy z kompetentnymi profesjonalistami.

Mój chłopak Tymek miał chyba już dość dziewczyny, której nigdy nie ma dla świata, bo ciągle stuka w maszynę, albo w komputer. Może miał dość samego stukotu maszyny po nocach. Z pewnością miał dość swojej pracy, która nie przynosiła mu radości. Szyjemy Sukienki po ponad roku istnienia stały się przedsięwzięciem dwuosobowym i zaczęły wchodzić na zupełnie inny poziom.

Obydwoje jesteśmy osobami, które wierzą, że można zmieniać rzeczywistość wokół siebie (jestem przekonana, że nie tylko można, ale – na skalę swoich możliwości – powinno się). I tym przede wszystkim jest dla nas Szyjemy Sukienki – największym w życiu wyzwaniem, dzięki któremu możemy mieć realny wpływ na swoją codzienność i przyszłość, na nasze otoczenie, na społeczność, w której żyjemy. Spełniam się osobiście wymyślając sukienki i widząc, jaką radość potrafią przynieść klientkom, ale także tworząc etyczną, odpowiedzialną społecznie firmę, stałe miejsca pracy dla młodych kobiet, ucząc się szacunku i empatii w zarządzaniu i – mam nadzieję – przekazując te wartości dalej. Ten aspekt działalności tak wszedł nam już w krew, że jeśli nie moglibyśmy prowadzić firmy w ten sposób, nie chcielibyśmy robić tego wcale.

Kwestie etyki, uczciwości, zarządzania bez hierarchii, opartego na szacunku – zwłaszcza w branży odzieżowej – są dla nas tak ważne, że moglibyśmy opowiadać o tym bez końca. Co nie znaczy, że zapominamy o tym, co jest motorem całego tego zamieszania, czyli o sukienkach!

Nasze podejście do sukienki to mieszanka miłości do super klasycznych krojów, tradycyjnego krawiectwa, przykładania uwagi do wygody, do perfekcyjnego wykończenia, ale też luzu i poczucia humoru. Tak powstała pierwsza Let’s Dance, którą ci z Was, którzy śledzą nas od początku z pewnością pamiętają.

 

FAZA TIULOWA

Któregoś dnia znalazłam w hurtowni świetny aksamit w panterkę. Doskonałej jakości, mięsisty, puszysty. Zakochałam się, postanowiłam coś z niego uszyć. Ale aksamit w panterkę to nie byle temat, to tkanina bardzo specyficzna. Postanowiłam się z niej zaśmiać i pójść w stronę zabawy z kiczem. Super-dopasowany gorset z tegoż aksamitu uzupełniłam bordowym tiulem w dużej ilości, czerwoną podszewką i wstążkami wiązanymi na kokardę. Nazwę dla nowego modelu zaczerpnęłam ze wspaniałego przeboju z lat ‘80, żyjącego jeszcze wówczas Davida Bowiego (zasugerował to Tymek, Davida wielki fan). Ten sukienkowy żart okazał się strzałem w dziesiątkę. Klientki pokochały ten fason (choć najczęściej w bardziej stonowanych odcieniach), jest on do dnia dzisiejszego absolutnym rekordzistą jeśli chodzi o liczbę wersji kolorystycznych, które powstały. Zapoczątkował też dłuższą przygodę z tiulem i był pra-sukienką dla licznych fasonów wykorzystujących tiul, które powstają do tej pory w naszej pracowni. I to zanim to było modne! ;)

 

PIERWSZE SUKNIE ŚLUBNE

Właściwie większość pomysłów na sukienki zaczyna się od tkaniny. Gdy uda mi się wypatrzyć coś wyjątkowego, najczęściej od razu widzę w głowie to, co z tego powstanie. Pierwszą suknię ślubną uszyłam, kiedy w moje ręce wpadł obłędny kawałek biało-złotego żakardu. Pomyślałam wtedy – przecież takich sukni w ogóle nie ma na polskim rynku – prostych, lekkich, pozwalających swobodnie się ruszać i oddychać. To było odkrycie. Okazało się, że kobiety bardzo takich sukni poszukują, a moje podejście do kiecek świetnie daje się rozszerzyć na bezpretensjonalne suknie ślubne, w których panna młoda może czuć się sobą. Od tego czasu suknie ślubne zajmują w naszej ofercie bardzo ważne miejsce. Przymiarki i spotkania konsultacyjne trwają w naszej pracowni nieprzerwanie, prowadzone przez dwie osoby w dwóch przeznaczonych specjalnie do tego celu pokojach. Takich spotkań – konsultacji i przymiarek – potrafimy odbyć nawet 100 tygodniowo!

 

MISTRZOWIE RZEMIOSŁA

Wszyscy, którzy spotykają się z klientkami w naszej pracowni, to wykształcone krawcowe i krawiec. Postanowiliśmy tym także się wyróżniać. Na naszym pokładzie nie ma przypadkowych osób. Stopniowo, przez ostatnie 4 lata, do naszej firmy dołączały nowe osobowości, z których każda to temat na osobną opowieść. Mamy perfekcjonistkę Elę, która nie zna kompromisów, jeśli idzie o jakość, rozpromienia się szerokim uśmiechem, gdy odprasowana suknia zawiśnie na manekinie i potrafi zjeść 40 tabliczek czekolady tygodniowo! Mamy Olhę, absolwentkę ASP, której talenty zdają się nie kończyć, która maluje tak pięknie, jak szyje, a haftuje jeszcze piękniej. Mamy Marka, który ma na tyle fantazji, aby jeździć sportowym kabrioletem i wygrywać konkursy na rekonstrukcje strojów z epoki. Mamy Ewę, której śmiech rozbrzmiewający co i rusz w pracowni poprawia wszystkim humory, a która ma tak emocjonalne podejście do sukienek, że szycie tych, które nie przypadną jej do gustu, przychodzi z trudem. Mamy Tatianę, która po cichym dniu pracy przy maszynie idzie skakać na bungee. Mamy Mariannę, która robi miliony rzeczy i uczy się po godzinach, aby zostać weterynarzem, a wszystko to z niezwykłej wrażliwości na otaczający ją świat. Mamy Reginę, która przyszła do nas prosto po szkole i chłonie wiedzę jak gąbka. Mamy Natalię, której wyważenie, rzetelność i otwartość na nowe wyzwania są tak inspirujące, jak godne podziwu. Mamy jeszcze dwie Kasie, które do naszej firmy wniosły niezwykle dużo, kiedy nabierała ona obecnych kształtów, a które teraz oddały się wyzwaniom o wiele poważniejszym (pozdrawiamy małą Halszkę i jeszcze jednego małego człowieka, który dopiero jest w drodze na świat). Jeśli ktoś uważa, że “firma to ludzie” to wyświechtany, pusty slogan –  zapraszamy do nas. Można poobserwować, jak wszystko powstaje na splocie różnych osobowości i emocji, jak czasem idzie gładko, a czasem wręcz odwrotnie, jak się dogadujemy, albo dogadać nie możemy, jak mamy lepsze dni, a jak czasem nie idzie. Dużo się dzieje, a wszystko wokół sukienek. Mamy świetny zespół prawdziwych charakterów. I w końcu jesteśmy razem!

 

3 PRZEPROWADZKI. A SKRUPULATNIE LICZĄC – 5

Dziś dumnie zajmujemy ogromny lokal w samym centrum Warszawy i wszyscy pracujemy razem. Taka była moja idée fixe od samego początku. Nie chciałam wysyłać krawcowych do ekonomicznej lokalizacji pod miastem, a reprezentacyjnego butiku w centrum urządzać kosztem pracowni. Czas pokazał, jak bardzo nieżyciowy (czytaj: absurdalnie drogi w utrzymaniu) jest to pomysł, ale uparliśmy się. Taki model obniża naszą konkurencyjność cenową i zmusza do zmniejszania marży, ale to, co otrzymujemy w zamian – prawdziwe poczucie pracy w zespole, budowania czegoś wspólnie – jest tego warte. I do tego lokalu trafiliśmy, małymi krokami, z pokoju w mieszkaniu mojego chłopaka.

Najpierw przeprowadziliśmy się we dwoje do studia na poddaszu, którego użyczyli nam rodzice mojego chłopaka, którzy sami chyba nieco wkręcili się w cały pomysł (dziękujemy!). Urocze miejsce na warszawskiej Pradze, z widokiem na Wisłę i świetnym klimatem (wcześniej mieściła się tam pracownia architektoniczna taty Tymka). Jednak kiedy dołączyła do nas pierwsza Kasia i Olha, a wieszaki z sukienkami mnożyły się zupełnie nieokiełznanie, zaczęło być nieznośnie ciasno. Kiedy jeden z wieszaków pod ciężarem sukienek oderwał się od sufitu, postanowiliśmy, że to jest moment, aby znaleźć duży lokal w reprezentacyjnej lokalizacji. Poszukując koniecznie w bliskim sąsiedztwie osławionej Mokotowskiej znaleźliśmy się w pięknej Alei Róż, w kamienicy, w której po wojnie przyznawano mieszkania poetom. Mieszkali tu między innymi Gałczyński, Słonimski, Broniewski czy Kruczkowski. Uznaliśmy to za znak z nieba (Gałczyński to moja miłość odkąd skończyłam 12 lat) i wprowadziliśmy się natychmiast. Było nas już pięcioro.

Lokal, który wydawał nam się ogromny, szybko zaczął się kurczyć, kiedy my rośliśmy w niespodziewanym tempie. Nie było już miejsca na maszyny – wynajęliśmy drugie miejsce, aby wszyscy mogli się pomieścić. Niektórzy warszawiacy pamiętają pewnie opuszczony szpital – gigantyczną kamienicę w samym centrum, naprzeciwko Pałacu Kultury, gdzie mieścił się szczególnej sławy klub Nowa Jerozolima, od którego nazwę przejęła cała kamienica. Wyższe piętra tego ogromnego budynku pełne były pokoi i pokoików, które młodzi twórcy z przeróżnych dziedzin bardzo szeroko pojętej sztuki wynajmowali na swoje pracownie. Pośród barwnych postaci, salonów tatuażu, artystów, fryzjerów, projektantów i niebieskich ptaków także dla nas znalazła się przestrzeń z niczym nieograniczonym widokiem na Pałac. I tak nasza firma znalazła się jedną nogą w kamienicy poetów, a drugą w undergroundowym światku dzisiejszej bohemy. Niestety – na samych oczach daru bratniego narodu kapitalistyczna rzeczywistość nie pozwoliła marnować się tak dewelopersko smakowitemu kąskowi i po kilku miesiącach wszystkim wręczono smutną wiadomość, że cały ten bałagan zostanie zamieniony w luksusowy hotel. My odczytaliśmy to jako kolejny znak – najwyższy czas, żebyśmy wszyscy byli razem. Komunikacja między dwoma lokalizacjami, wieczne noszenie tkanin i sukienek w tą i z powrotem – to wszystko bardzo utrudniało pracę. Po kilku zawirowaniach (kolejne 2 małe przeprowadzki) udało się. Od listopada 2016 zajmujemy przepiękne miejsce w Śródmieściu Warszawy, w ocalałej po wojnie kamienicy z zabytkowymi parkietami i sufitem wysokim do nieba. Podobno przed wojną mieściło się tutaj żeńskie gimnazjum, a ogromny pokój, w którym urządziliśmy pracownię, był salą gimnastyczną. Lubię myśleć, że być może przyciągnęła nas w to miejsce jakaś babska energia.

Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że niektóre klientki, które od swojej pierwszej sukienki 4-5 lat temu zostały z nami do dziś, pamiętają nawet tą pierwszą, najbardziej prowizorycznie urządzoną lokalizację.

 

MAGIA

Tego, co w pracowni dzieje się na co dzień, nie można chyba określić lepszym słowem, niż magia. Fruwają koronki, przetaczają się wielkie belki tkanin, konsultanci biegają z sukienkami, centymetry powiewają na ich szyjach. Stukot maszyn układa się w rytmiczną melodię, w kontrapunkcie bez przerwy dzwoni telefon, paczki przygotowane do wysyłki układają się w zamki o wysokich wieżach. Czasami hałas żelazek zagłusza rozmowy, a czasami panuje taka cisza i skupienie, że słychać tylko pracujące nożyczki. Kolorowe szpilki upinają materiał i rozsypują się wszędzie dookoła, nad stołem do krojenia stoi kilka osób i rysuje na tkaninie skomplikowane linie, które zaraz nabiorą kształtów i pod igłą jednej z krawcowych zmienią się w gorset lub kołnierzyk. Inna krawcowa przy maszynie obok ginie w nieskończonych falach tiulu, widać tylko czubek głowy. Ktoś przychodzi powiedzieć, że dzwoniła klientka i prosiła o inny kolor szarfy, ktoś wspina się na drabinę w poszukiwaniu różowego jedwabiu, ktoś zakłada kiecę na manekina, żeby upewnić się, czy wszystko leży perfekcyjnie. Leży. Powstała kolejna suknia, którą ktoś wybrał na najpiękniejszy dzień swojego życia.

 

DZIĘKUJĘ

Nie sposób wymienić wszystkich osób, którym chciałabym podziękować. Które przez te 5 lat wspomagały, doradzały, ofiarowały swój czas, cierpliwość i wiedzę wpływając na dzisiejszy kształt Szyjemy Sukienki. Nie będę nawet próbować wyliczać.

Szczególne podziękowania należą się jednak Heniowi, Kamilowi i Filipowi – przyjaciołom, którzy w kluczowym etapie naszego rozwoju swoją radą, rozsądkiem i profesjonalizmem (a czasem także fizyczną pracą przy remontach!) pomogli nam zrobić wielki krok do przodu. A przede wszystkim nauczyli nas odważniej patrzeć na to, co tworzymy.

Dziękuję też moim przyjaciółkom, tym znad jeziora, które wiarę w to, że się uda, od samego początku uznały za coś najbardziej oczywistego na świecie.

 

5 LAT W OBRAZKACH

To w większości nie będą ładne, wypieszczone zdjęcia, które umieszcza się w folderach i wrzuca na insta. Tak zza kulis wyglądało ostatnich 5 lat.

7731387434_62857aafb6_b.jpg
Na prezent pożegnalny w moim ostatnim korpo dostałam od znajomych z pracy ekspres do kawy. Powiedzieli, że dużo kawy się przyda, jak będę prowadzić własną firmę. Mieli rację. Ekspres sprawuje się świetnie, przeszedł z nami absolutnie wszystkie przeprowadzki i stoi w kuchni w najnowszej pracowni. Klienkto! – kawa, którą częstujemy, jest właśnie z niego :)

427464_357855894236107_78188847_n.jpg
To pierwsza sukienka, jaką uszyłam i sprzedałam online. Zdjęcie na tle garażu przed blokiem.

jas_ubranka (8)jas_ubranka (5)
Najstarsze udokumentowane wytwory odzieżo-podobne mojego autorstwa, znalezione kilka lat temu u babci w piwnicy. Komplet zimowy z czapką, szalikiem i butami oraz haftowana bluzka dla Jana – ulubionej lalki mojej siostry.

pracownia_Szyjemy_SukienkiDSC_1228 (2)Marta_w_pracowni (2)
Pierwsza pracownia, urządzona w pokoju w naszym mieszkaniu.

9086400914_5c615e6feb_o.jpg
Pierwsze próby z tiulem w tej pracowni.

8221641386_0132554b1f_b1044004_775242799164079_8939067914014665783_n

Najpierwsiejszy model Let’s Dance w trakcie powstawania (historyczna chwila) i parę lat później na nieco bardziej profesjonalnym zdjęciu.

7893332434_de28d3314d_b8184530042_19c45b7276_b8198699317_f805edf84b_b8579576087_c052dfc68f_o

Pierwsze zdjęcia sukienek zdecydowanie nie były profesjonalne. Przy robieniu zdjęć samemu sobie samowyzwalaczem nie zawsze wszystko wychodzi idealnie. Przynajmniej nie od razu.

1157607_635220483166312_519610875_n.jpg

Pierwsza suknia ślubna, sfotografowana w Dolince Szwajcarskiej, tuż pod kamienicą, do której za kilka lat mieliśmy wprowadzić się do trzeciej pracowni. Tymczasem pracownia wciąż była jeszcze pierwsza, czyli ta domowa. Z krojeniem po nocach na stole jadalnym albo na podłodze:

253055_463414403680255_1297379879_n582603_397699473585082_682844219_n

DSC_0553DSC_0561DSC_0826

Pierwsze pudełka z zamówieniami ze sklepu internetowego i pierwsze metki z pierwszym logo, które pomagał wycinać Tymek. Od początku chciałam, żeby metki były w jakiś sposób użyteczne, a nie nadawały się tylko do wyrzucenia. Do tej pory mają formę zakładki do książki, dzięki czemu mogą nie przyczyniać się do produkowania tony śmieci.

14291690215_ed9d340493_b.jpgTu zdjęcia pomagał robić Tymek.

tmczasowa_pracownia (1).JPG
Tymczasowa pracownia podczas jednej z przeprowadzek.

11981878855_04d2291047_o.jpg
Tymek wystrojony na ostatni dzień pracy dla agencji reklamowej.

14868870540_4abeaae7d7_b.jpg
Tymek w swojej nowej pracy.

8199789864_9b90b915e9_b8198699443_1253d7fe8b_b
Nasze pierwsze targi garażowe.

8637280415_a41e2e9d80_b8638385244_45ce7e5708_bDSC_0396
Nasze pierwsze prawdziwe targi.

_GRY2174_GRY218614488552032_37dbe11495_bDSC_0429DSC_0434

14466667606_73cf7602cd_b.jpg

Nasza druga pracownia, ta na poddaszu. To tutaj odwiedziła nas ekipa „Dzień dobry tvn”:

1518017_698293666858993_509727521_o.jpg

15060905581_0b30017649_b15063684445_f1237ec77c_b
Nasza przestrzeń w jednym z pierwszych butików, z którymi współpracowaliśmy. Mało reprezentacyjnie, trzeba przyznać :) Za to wielkie stare logo wyklejane ze styropianu obowiązkowo. Dla spostrzegawczych: w naszym pierwszym logo, które wymodziłam sama bardzo amatorsko, widniały nożyczki… fryzjerskie.

warszawa-2014-06-10.jpg
W obecnym logo nożyczki są już adekwatne, a krój pisma, który wykorzystaliśmy nawiązuje do tradycyjnego rzemiosła. Został stworzony przez wrocławską Grupę Projektor z inspiracji starymi szyldami rzemieślniczymi. Nazywa się Szewc i zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. U góry zdjęcie z wystawy typografii z naszym Szewcem.

14287930902_7ac5faf535_b.jpg
Plener ślubny w wykonaniu młodej polskiej marki odzieżowej.

14488172715_d9425f76a0_b14508295213_63c0eb1ef0_b
Pierwszym profesjonalnym sesjom trochę na początku nie dowierzałam. Sama udawałam modelkę i sama robiłam sobie makijaż. To nie był świetny pomysł :) Za obiektywem nasza pierwsza fotografka – Paulina Lipińska – która przez kilka lat współpracowała z nami przy kolejnych sesjach, zanim nie wyprowadziła się na Islandię. Pozdrawiamy!

15032527996_4054c76639_b.jpg
Wszystkie modele do dziś staram się testować w boju. To fragment naszej historii, kiedy zdecydowaliśmy się szyć także spódnice. Teraz szyjemy już tylko sukienki – nie chcemy się dekoncentrować – ale czasy spódnic wspominam z sentymentem. A były też spodnie, płaszcze, bluzki…

DSC_1071DSC_1085DSC_0836
Wnętrze naszej pracowni w Alei Róż prezentowało się już zupełnie elegancko. Na zdjęciu od lewej Kasia, Olha i Ela (czy wygląda Wam na kogoś, kto potrafi zjeść 40 czekolad w tydzień??).

backstage3.jpg
Taką sesję z ekipą zrobiliśmy sobie, aby promować ideę sukienki idealnie dopasowanej – warto szyć na miarę, dobrze dopasowana sukienka upiększa! W rolę modelek wcieliły się Olha, Kasia i Kasia.

DSC_008320160728_181221DSC_0093
Gramy razem w bule z krawiecką dokładnością.

WP_20161029_09_28_49_Rich.jpg
Tymek siedzi na spakowanych pudłach podczas wyprowadzki z Alei Róż.

WP_20160630_15_20_11_ProWP_20160630_15_22_46_ProWP_20160630_15_23_57_ProWP_20160630_15_24_04_Pro
W naszym nowym lokalu na Bagateli trzeba było umieć dostrzec piękno przed remontem, ale urządziliśmy się całkiem nieźle:

DSC_1850DSC_1452DSC_1484

I tak nam się teraz pracuje (na zdjęciach po kolei Tatiana, Ela, Olha i Regina):

DSC_1434nowosci-lato-17

A jeśli chcielibyście zobaczyć więcej – całą pracownię i wszystkich przy pracy – koniecznie obejrzyjcie film, który nakręciliśmy w nowej pracowni z okazji naszych piątych urodzin.

 

 

Reklamy

One Comment Add yours

  1. Katarzyna pisze:

    Byłam dziś u was i wyszłam właśnie z myślą ze to już trzecia lokalizacja w której Was odwiedzam – każda kolejna jest piękniejsza. Ten tekst obudził dużo ciepłych uczuć w sercu w ten i tak już upalny sierpień. Niech Wam się powodzi i wszystko pięknie układa. Pozdrawiam,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s